Mocne słońce, które nas obudziło, powoli chowało się za chmurami. Z każdą kolejną chwilą na horyzoncie robiło się coraz mroczniej, a słowa speakera ostrzegające przed burzą stawały się coraz bardziej złowrogie. Nic to myślałem… kiedy ja startuję, zawsze jest dobra pogoda. ZAWSZE!

Nie inaczej było i tym razem. To, że na pięć minut przed startem lunęło z nieba z mojej perspektywy nic nie zmieniło. Po trzystu metrach i tak miałem wskoczyć do wody. Co innego kibice. Ci musieli chować się w nielicznych namiotach lub zaparkowanych w pobliżu samochodach. Organizatorzy widząc co się dzieje wypuścili nas na trasę przed czasem.

Nie wiedząc czy swimrun to jednorazowa przygoda czy też miłość na całe życie postanowiłem nie inwestować w sprzęt. Zorganizowałem tylko wyposażenie obowiązkowe, czyli ósemkę pływacką, dla osób startujących bez pianki, która miała pomóc nam w nieutopieniu się… ale czy pomogła? Do kompletu dorzuciłem wiosełka pływackie nie będąc pewien, czy pomogą mi w pływaniu czy nie, ale bardzo chciałem w nich wystartować… bo prawie wszyscy tak startowali. Mogłem jeszcze dodać płetwy… ale nie bardzo wiedziałem co i jak…

Swimrun to zawody nietypowe. To z czym wystartujesz, musisz donieść do mety. Szybko się okazało, że to może nie być takie łatwe. Ósemka już po pierwszych metrach biegu zrobiła mi psikusa i spadła z nogi. Nie bawiłem się w poprawianie mocowania… chwyciłem ją w rękę i pobiegłem do jeziora.

Czekając na swoją kolej zakładam ósemkę, okularki, łapki. Pada mocny deszcz… ale jest to już jakby poza mną… przed sobą widzę tylko taflę jeziora i kolejne osoby odpływające w dal. Początek, ambitnie, startuję kraulem. Nie jest źle… a doceniają to na pewno płynący za mną zawodnicy unikając przypadkowych kopniaków w głowę od żabki.

Już na pierwszym pływaniu zaczyna mścić się brak testów sprzętu. Ósemka zaczyna powoli zsuwać mi się z nogi… W połowie dystansu majta się już przy kostce dość luźno i mam tylko nadzieję, że nie spadnie mi całkiem z nogi. Wiedząc, że prędzej czy później przejdę do żabki nie włożyłem ósemki między nogi… tylko zostawiłem ją po prawej stronie i to sprawiło, że zaczęła żyć własnym życiem.

Coraz bardziej zbliżam się do powalonego drzewa i wielkiej bojki. Na jakieś 50 metrów do brzegu ósemka robi mi kolejnego psikusa. Jakimś cudem uwalnia się z zaczepów. Próbuję ją złapać… ale z łapkami na dłoniach to nie jest łatwe. Zdejmuję jedną łapkę i chwytam ósemkę… ale jak teraz płynąć? Ostatnie 50 metrów to walka o przetrwanie… o dopłynięcie i nie zgubienie sprzętu. Tylko się nie utop przestaje być żartem, a staje się celem.

Wychodzę z wody szczęśliwy, że w końcu będzie biegane… ale tego biegania jest na kilka kroków. Szybko wchodzimy do rzeki powalonych drzew… rzeki przygód. Ani to pływanie, ani bieganie. Wkładam ósemkę pod narzutkę i przedzieram się krok za krokiem. Przepiękne konary widoczne na zdjęciu tworzą zjawiskowy klimat i są jednocześnie najmniej groźnym elementem tego etapu. To co niebezpieczne ukryte jest pod wodą. Poczynając od grząskiego, spowalniającego dna… poprzez mniejsze konary, gałęzie, korzenie, które nie raz i nie dwa były przyczyną wywrotek zawodników.

W pewnym momencie przed oczami wyrasta mi postać… jak żołnierz, bądź myśliwi. Stoi w rzece opatulony w przeciwdeszczowy maskujący płaszcz z aparatem przy oku uważnie obserwując co się dzieje. Oniemiałem. Przed chwilą Maria Bogunia prosiła mnie o pomoc w przechodzeniu przez większe drzewa i teraz podążałem z nią służąc pomocną dłonią… ale zaskoczony widokiem fotografa chciałem zostać i patrzeć jak pracuje. W tym momencie nie wiedziałem, że natrafiłem na jednego z najlepszych fotografów biegów ultra, na Jacka Denekę. Pokonujemy z Marią kilka konarów po czym spokojnym głosem mówi, że mogę biec dalej.

Docieram do mostku i mogę ponownie wyjść na suchy ląd. Pierwsze dwa etapy trochę mnie styrały… ale w biegu dzieje się coś niesamowitego. Nogi niosą mnie lekko, jakby nie pamiętały, że dzień wcześniej na Biegowym Bulwarowym pobiegłem mocne zawody. Biegnę przed siebie wśród drzew i krzaków niesiony chyba euforią. Biegnę i się cieszę. Nie pamiętam już kiedy miałem taką radość z biegu. Nie ważne tempo. Nie ważne tętno. Wszystko na samopoczucie… a to jest wyśmienite.

Dobiegam do kolejnego etapu pływackiego. Już nie bawię się w mocowanie ósemki do nogi. Poprawiam ją pod narzutką i jak kobieta w ciąży wchodzę do wody. Przede mną najkrótszy etap pływacki, chociaż nie wiem czemu czuję się, jakby miał być najdłuższym. Płynę swoje żabką, a ósemka uparcie urozmaica mi rywalizację stopniowo z brzucha przesuwając się na plecy. Po jakimś czasie z kobiety w ciąży zmieniam się w żółwia i nie mam na myśli tylko tempa w jakim płynę… Poprawienie ósemki w czasie pływania wcale nie jest łatwe, więc płynę z nią na plecach tak długo jak się da.

Wybiegając na brzeg ponownie umieszczam ósemkę na brzuchu. Tym razem solidniej. Ruszam żwawo przed siebie, ale dość szybko muszę zwolnić. Jest ciasno, wąsko, mnóstwo krzaków… a przede mną dwójka zawodników, których nie mam jak wyprzedzić. Nic to, w końcu to zabawa.

Kiedy udaje mi się znowu rozpędzić mijam zawodnika… którego już raz mijałem. Wygląda na to, że tak się będziemy mijać. Ja go na bieganiu, on mnie na pływaniu. Bieganie kończy się szybciej niż bym chciał… a przede mną pływanie… nie jestem pewien czy widzę dokąd mam płynąć, ale na szczęście widzę jeszcze zawodników przed sobą i płynę tam gdzie oni. To najdłuższy odcinek pływacki. Ósemka tym razem dobrze się trzyma, ale ja odczuwam już w ramionach wysiłek związany z pływaniem w łapkach. Przechodzę od pływania żabką, poprzez kraula, do stylu grzbietowego. Żabka ma jednak jedną zaletę – nie ma problemów z nawigowaniem… a mi wydaje się, że bez względu na styl płynę tak samo… wolno.

W końcu dopływam do celu. To ujście rzeki powalonych drzew. Pod mostkiem ponownie napotykam Jacka Denekę. Ruszam przed siebie na spotkanie z przygodami w rzece, tym razem już sam. Na samym końcu spotykam Radka Piaseckiego z aparatem. Dzień wcześniej mieliśmy krótką rozmowę o tym, kto jest ważniejszy na zawodach – fotograf czy zawodnik.

Zostało 320 metrów pływania i 300 metrów biegu. Zaskakuje mnie, że woda jest taka ciepła. Końcówkę płynę już prawie samotnie. Cieszę się, że nie wybrałem dłuższego dystansu. Swimrun to jednak bardziej swim, niż run. Dopływam do cypelka. Cieszę się, że to już końcówka. Ta radość dodaje mi prędkości. Za swoimi plecami słyszę “ale pognał”. Po chwili trafiam na trenera, który z uśmiechem zagrzewa mnie do walki na ostatnich metrach.

Dobiegam do ostatniego zakrętu. Widzę Ignacego czekającego na mnie. Planowaliśmy wspólny finisz od jeziora, ale przemoknięte buty i teren pokrzyżowały nam plany. Biegniemy ostatnie metry po trawie trzymając się za ręce.

Cieszę się, że jestem na mecie. Zmęczony. Zziębnięty. Zadowolony. Oddaję narzutkę, czip i czepek. Z tego wyziębienia zapominam o zrobieniu sobie zdjęcia z medalem. Trzęsę się chyba na tyle atrakcyjnie, że pani w biurze zawodów proponuje mi wizytę w karetce, ale wiem, że to przesada. Zdziwiony jestem o tyle, że w czasie zawodów w ogóle chłodu nie odczuwałem. Brak tkanki tłuszczowej ma swoje wady. Idę trochę się przebrać i wysuszyć. W międzyczasie RunEat wbiega na metę jako czwarty.

Aquaman SwimRun Międzychód – przygoda jedyna w swoim rodzaju. Sam bym się nie zapisał, bo za dużo tu pływania, wygrałem ten start w konkursie przygotowanym przez Łukasza Kalaszczyńskiego, mojego trenera. Wziąłem udział i nie żałuję. Podobało mi się bardziej niż na biegu górskim. Bardziej niż na terenowym biegu przetrwania w Choszcznie… może dlatego, że tu nie było udawania. Przeszkody były tylko naturalne… i takie piękne. Muszę przyznać, że dopisało mi pod tym względem trochę szczęścia, bo pierwotnie dystans intro miał być rozegrany w Międzychodzie. Bieganie po deptaku, pływanie w pobliskim jeziorku. NUDA! A z powodu zmian wymuszonych przez epidemię wyszła BOMBA!

Za przepiękne zdjęcia do tej relacji dziękuję Jackowi Denece z UltraLovers, Radkowi Piaseckiemu, organizatorom za ściągnięcie takich zdolnych fotografów oraz Ignacemu i Justynce.

One Reply to “Tylko się nie utop!”

  1. Piwko78 says:

    Wspaniała relacja zresztą jak zwykle…. Czekam na więcej. Jestem zaszczycona że mam takiego kolegę 😍👍

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *