I rzekł trener: MA BOLEĆ!!!
Zapytałem tylko: Jak bardzo?

Ze swojego pierwszego startu w Choszcznie w 2017 roku pamiętam dwie rzeczy. Po pierwsze, że bieganie po „spływie” kajakowym boli. A po drugie, nasz pierwszy wspólny finisz z Ignacym.

W tym roku do Choszczna przyjeżdżałem może nie w najwyższej formie, ale za to wypoczęty. Przyjeżdżałem sprawdzić, czy wynik sprzed trzech tygodni w Szczecinie to był wypadek przy pracy czy też oznaka trwałego spadku formy.

Na miejscu zameldowaliśmy się dość szybko z racji tego, że Ignacy startował w biegu dzieci. Nim zdążyliśmy się dobrze przywitać nasza niezastąpiona ekipa foto zdążyła zrobić mi już dwa zdjęcia. A dzięki temu, że po raz pierwszy przed startem miałem zapas czasu mogłem porozmawiać na luzie i sprawdzić co to za izotoniki chowają się w torbie.

Dzieci startowały rocznikami. Nasza rodzinka wystawiła dwóch zawodników: Olka, rocznik 2007, młodego triatlonistę oraz Ignacego, 2008, który lubi startować na zawodach, ale trenować to woli jednak piłkę nożną.

Pierwszy startował Olek. Miał mocną ekipę, która rwała do przodu od samego początku. Tempo było mocne, dość szybko zniknęli gdzieś w oddali i równie szybko pojawili się z powrotem. Olek biegł na trzecim miejscu i walczył do końca, ale zabrakło kilku metrów na finiszu by poprawić pozycję.

Bieg Ignacego rozpoczął się chyba równie mocno, ale on nauczony z innych startów nie rwał się do przodu. Wiedział, że w tym wieku sporo dzieciaków przeszacowuje swoje możliwości. Tym razem to ja postanowiłem wesprzeć Ignacego na finiszu. Ustawiłem się gdzieś 100 metrów od mety i jak tylko zbliżył się do mnie zacząłem biec powoli przyspieszając. Na twarzy Igiego pojawił się grymas bólu. Cisnął do przodu, a ja kilka kroków przed nim nadawałem tempo. Wbiegliśmy na metę. Ignacy zmęczony, ale szczęśliwy. Był szósty.

Dzieci zadowolone mogły już pójść się pobawić, a nam pozostało przygotować się do naszego biegu. Trener dwa dni wcześniej przesłał założenia. Na treningach jest dobrze, nie ma co się oszczędzać. Mimo to, mam pobiec pierwsze 5 km z zapasem. Po 4:15/km. Pomyślałem sobie, że chyba z zapasem na zwalnianie… Później jak będzie moc mam przyspieszyć, a jak nie to utrzymać. MA BOLEĆ!!!

Co prawda wykręcił się od odpowiedzi co to znaczy boleć. I co ma boleć. I kiedy. Tego chyba muszę się sam dowiedzieć. Pomyślałem sobie, że jak utrzymam to 4:15/km to pewnie się dowiem co to znaczy.

Razem ze mną startowała Kasia z Marcinem. Kasia po nową życiówkę. Marcin, byle przed Kasią… no a jak się uda, to pobić moją życiówkę, bo tak dla zabawy ze sobą rywalizujemy.

Wystartowaliśmy punkt 12 na odgłos pistoletu startowego. Stałem w drugiej linii i pilnowałem się, by nie spalić, by nie pobiec za szybko na początku. Chwilę zajęło nim GPS złapał rozsądne tempo, ale jak już złapał to starałem się trzymać. Dycha nie lubi szarpania. Mimo to pierwszy kilometr odmierzony na znacznik, a nie GPS pękł w 4:10. Jest zapas, można zwalniać…

Początek trasy przebiega uliczkami Choszczna i ma to swój klimat. Różne szkoły stoją na trasie i dopingują, nie wspominając o profesjonalnych dj-ach zagrzewających nas do biegu muzyką i słowem. Trasa przebiega też dodatkowe dwa razy w okolicy startu, co akurat lubię, bo pozwala kibicom dopingować nas bez zbędnego chodzenia.

Po trochę ponad trzech kilometrach zbiegamy z asfaltu na ścieżkę dookoła jeziora. Pierwsze kilometry idą zgodnie z planem prawie co do sekundy w 4:15. Dopiero na czwartym km mam stratę dwóch sekund. Zrzucam winę na ścieżkę, która nie jest asfaltowa i choć utwardzona, to jednak pokryta jakimś piaseczkiem. Tętno od początku wysokie ponad 170. To akurat mi się podoba i jestem ciekaw jak długo to wytrzymam.

Wokół jeziora biegniemy już luźniej, w małych grupkach. Powoli zaczynam wyprzedzać. Raczej nie dlatego, że przyspieszam, a dlatego, że jeszcze wytrzymuję tempo. Co prawda tego nie jestem pewien, bo zegarek pokazuje jakieś marne 4:30/km, ale nie patrzę na to. To pewnie wina wysokich drzew. Dzisiaj skupiam się na tętnie, a to nadal jest powyżej 170.

Pamięć potrafi płatać figle. Z jakiegoś powodu zapamiętałem, że trasa wokół jeziora jest płaska. W końcu woda nie pływa pod górkę. Woda nie, ale linia brzegowa ma swoje pomysły. No dobra, może podbiegów jakiś dramatycznych nie ma, to nie bieg w Gryfinie, ale tu hopka, tam jakiś podbieg, cały czas coś się dzieje i nawet już nie pamiętam do końca co, bo chyba po minięciu piątego kilometra z utęsknieniem wypatrywałem kolejnych znaczników. Wokół jeziora Klukom tempo trochę siadło. Póki tętno się trzymało liczyłem, że to tylko chwilowe zawirowania terenu.

Ktoś kiedyś powiedział, że bieg na 10 km zaczyna się na szóstym kilometrze. Te pierwsze sześć poszło dość mocno, ale na siódmym zacząłem słabnąć. Pomijając mentalne kryzysy widać to było po tętnie. Za każdym razem kiedy na zegarku widziałem tętno poniżej 168 starałem się przyspieszać. Pomagało to zapewne na chwilę, ale średnie tętno i tak na ósmym i dziewiątym kilometrze wyniosło zaledwie 165. To były też te odcinki trasy, kiedy byłem wyprzedzany.

Ostatni kilometr trzeba pobiec mocniej. Przed biegiem planowałem pobiec go poniżej 4:00. Jeszcze nigdy mi się to nie udało, chociaż w Gryfinie zabrakło tylko 2s. Tym razem postanowiłem przyspieszać dużo szybciej niż na ostatnich 100 metrach. Kiedy tylko DJ krzyknął “nie ma co się oszczędzać, zostało 800 metrów” zacząłem szybciej biec. I szybciej. Na zegarku pojawiło się 3:55 i próbowałem to utrzymać. To tempo było jednak za mocne i lekko mnie przytkało. Zwolniłem, z planem, że znowu zaraz przyspieszę. Na horyzoncie pojawił się Ignacy. Tutaj już nie ma to tamto. Ignacy nie pozwoli na to. Czuję jednak, że dzisiaj dałem z siebie bardzo dużo, że finisz nie jest tak mocny jak bym chciał.

W relacji ze Szczecina napisałem, że gdyby fotograf stał co 100m to pewnie pobiłbym rekord Polski w biegu na dychę. Jarka Dulnego wyraźnie ta myśl zaintrygowała. Trzeba przyznać, że w Choszcznie razem z Piotrkiem Krawczukiem zrobili co mogli. Jarek stał na pierwszym, czwartym i chyba dziewiątym kilometrze. Piotr na starcie, drugim kilometrze i finiszu. No może rekordu nie pobiłem, ale sześć punktów obstawili, a ja sześć mocnych kilometrów pobiegłem. Coś jest w tej mojej teorii.

Na miecie 43:40. Ponad 70 sekund wolniej niż założył trener, ale z drugiej strony ponad 260 szybciej niż w Szczecinie. Spora poprawa w trzy tygodnie w szczególności jeżeli wziąć pod uwagę problemy z jakimi ostatnio się borykałem.

Czy bolało? Nie dość, biorąc pod uwagę ostatnie cztery kilometry. Pod tym względem jest nad czym pracować, ale mimo wszystko był to mój drugi najmocniejszy bieg w karierze (pod względem tętna). I to mnie cieszy najbardziej. Tym razem czułem, że ciało prawidłowo pracuje. Że nie blokują mnie problemy żołądkowe czy inne dolegliwości. Czułem radość z biegu! I chociaż ja się ścigam i czas na mecie ma dla mnie znaczenie, to jednak biegam dla zdrowia… No dobra, dla zdjęć, ale zaraz potem dla zdrowia.

A jak pobiegli Marcin z Kasią? Do Marcina pasuje idealnie to powiedzenie…

Jebać pracę! Tylko talent!

Marcin ukończył bieg z czasem 41:35. Jak on to robi? Nie trenuje biegania. Dojeżdża co prawda do pracy po 20 km w jedną stronę rowerem, ale czy to w połączeniu z motywacją, że może wyprzedzić go żona naprawdę wystarcza? Marcin, kłaniam się nisko.

Kasia zrobiła życiówkę – 43:51. Gdybym wiedział, że jest tylko kilka sekund za mną, może też bym lepiej pobiegł? Na moje pocieszenie Kasia trochę trenuje. Wielkie brawa dla niej, bo tym czasem wskoczyła na podium w K40.

Wielkie podziękowanie dla moich cudownych kibiców oraz najlepszej foto ekipy: Jarek Dulny i Piotr Krawczuk. Jeszcze raz dzięki za świetne zdjęcia (Łukasz, to nie ja pozuję, to oni robią świetne zdjęcia). I na koniec podziękowania dla Pawła Czapiewskiego i jego super ekipy. To dzięki Wam ten bieg jest tak fajny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *