Choszczno. 11 maja. Dystans 7.5 km to nie jest coś co zabija, nawet niedzielnego biegacza, dlatego walcząc o przetrwanie trzeba się zmierzyć z terenem i przeszkodami. Przeszkód miało być całkiem sporo, a najgorszą z nich miała być podobno piana.

Ponieważ Ignacy startował w biegu dzieci z samego rana, aby zaoszczędzić sobie zbyt wczesnego wstawania pojechaliśmy z Agatą po pakiety już w piątek. Dało nam to nie tylko możliwość późniejszego przyjazdu na zawody, ale również wstępnego zapoznania się z torem przeszkód, który w piątek po południu zaczynał nabierać kształtów. Ponieważ był to mój pierwszy bieg z przeszkodami postarałem się przećwiczyć sposób pokonania tego, co już zostało zbudowane. Ja szczególnym uczuciem zapałałem do Choszczeńskiego Smoka, on chyba jednak nie odwzajemnił mojego uczucia… ale nie uprzedzajmy faktów.

Jako debiutant zostałem umieszczony w 4. fali. Przede mną startowały dwie fale elity oraz ekipa Pyrzyce Biegają. Każda fala startowała z 5. minutowym opóźnieniem, tak aby na przeszkodach nie tworzyły się zbyt duże zatory. Agata z Damianem startowali w fali dziewiątej. Cały dostępny czas czekania wykorzystywałem na rozgrzewkę. Może niezbyt przesadną, ale trener ostrzegał, by dobrze rozgrzać w szczególności mięśnie niebiegowe. Nieraz człowiek czy to podnosząc, czy ciągnąc nadwyrężył sobie coś w plecach, więc rada była jak najbardziej zasadna.

Zazwyczaj na start ustawiam się w drugiej bądź trzeciej linii, ale tutaj widząc fotografa (pozdrowienia dla Piotra Krawczuka) przesunąłem się na sam przód. Będąc w pierwszej linii jest dużo większa szansa na dobre zdjęcia! Czy już mówiłem, że startuję dla zdjęć? No to już wiecie. Jestem jedyną osobą, która patrzy w stronę Piotra po starcie…

Kiedy spiker wystrzelił z pistoletu startowego ruszyliśmy przed siebie. Lekki zbieg i po kilkudziesięciu metrach zorientowałem się, że jestem pierwszy. Wydało mi się to podejrzane, więc postanowiłem trochę zwolnić. Mimo to nadal byłem pierwszy. No cóż, jakoś trzeba z tym żyć. Będzie co będzie.

Dopadłem do pierwszej przeszkody. Dzięki piątkowym próbom pognałem przez opony jak wichura. Potem szybki wbieg na kładkę, skok ze szpuli na szpulę i… hops do jeziora. Nie miałem pojęcia jak to jest biegać w butach w jeziorze, ale nie miałem za dużo czasu na zastanawianie się… na pomoście dostrzegłem kolejnego fotografa. Jarek Dulny robi świetne zdjęcia, a będąc pierwszym mogłem liczyć na więcej niż jedno. Kilka dzikich póz i myk pod pomost, a potem na opony tym razem zanurzone w wodzie.

Opony to pikuś. To co mało mnie nie zabiło to próba biegnięcia zanurzonym po klatkę piersiową w wodzie. Okazało się, że taki bieg wysysa z człowieka mnóstwo energii. Musiałem zwolnić… ale Jarek czekał już na brzegu z aparatem ponaglając. Nie było wyjścia, chociaż na końcówce musiałem przyświrować twardziela.

Z wody wybiegłem dysząc. Nadal pierwszy, chociaż kolejne osoby nie były jakoś daleko za mną. Bieg przez park i uliczki. Bez zegarka. Bez paska tętna. Ja cyferkowy biegacz czułem się kompletnie zagubiony.

Kolejne przeszkody po kilometrze biegu. Z pozoru proste. Tu podskocz, tam się przeciśnij, ale o ile inaczej odbiera się je będąc zmęczonym biegiem.

Biegnę dalej i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu napotykam osoby z poprzedniej fali. Zastanawiam się jakim cudem, przecież mieli 5 minut zapasu, a my dopiero wystartowaliśmy. Niby nie biegnę na wynik, ale postanawiam ich wyprzedzić. Przeszkody mają ograniczoną przepustowość, a nie uśmiecha mi się stanie w kolejce.

Na głównym placu przeszkody ustawione są jedna za drugą i pokonuje się je zygzakiem. Wspinaczka, skoki po belach siana, ścianki, opony, czołganie się, slalomy. Sporo tego i tak naprawdę jedyna przeszkoda, która zajmuje mi trochę więcej czasu to porodówka… czyli przeciskanie się między oponami. Sama przeszkoda nie jest trudna, ale opony są dość ciasno ułożone i nie ma czego się złapać, by się z nich wyciągnąć.

No i czołganie, niby proste, ale jak nie byłeś w wojsku, to jednak nie. Przed czołganiem dostrzegam ostatniego z fotografów, Eryka. Wykorzystuje ten fakt i pozuję mu do zdjęcia. Po części, by złapać oddech. Niestety, Eryk dość szybko dziękuje mi za pozowanie i muszę zasuwać dalej.

Jedyna przeszkoda, której nie zaliczyłem za pierwszym podejściem to obręcze. Niewiele mi brakowało, głównie cierpliwości, bo spadłem z ostatniej obręczy. Jak nie zaliczysz przeszkody możesz zrobić krokodylki, ale ja wracam na początek, bo liczy się zabawa i zaliczenie każdej przeszkody.

Następna przeszkoda to drabinka linowa przytwierdzona z jednej strony do naczepy, a z drugiej do Smoka. Idę szczebelek za szczebelkiem jak burza. Na ostatnim szczeblu zwalniam. Mam w głowie słowa trenera „tylko nie złap kontuzji”. Stabilizuję ciało, czekam chwilkę i puszczam się…

Z moim ust wydobywa się głośne przekleństwo. Czuję ból w lewej stopie. Szybko podbiega opiekun przeszkody i pyta, czy potrzebuje lekarza. Kostka boli, ale mówię, że narazie nie. Postanawiam odczekać chwilę i zobaczyć co będzie. Stabilizując ciało na drabince usztywniłem nogi w kolanie. Okazało się, że nie jestem kilkanaście centymetrów nad ziemią jak w połowie przeszkody, a około metr i lądując na lewej pięcie kostka nie wytrzymała uderzenia.

Ból stopniowo mija. W międzyczasie wyprzedza mnie chłopak z czwórką. Jedyny z mojej fali. Postanawiam dokończyć chociaż plac z przeszkodami. Zostały mi w końcu tylko dwie… w tym osławiona piana.

Fenomenu piany nie da się chyba zrozumieć bez wskoczenia do naczepy tira pełnego wody i piany. Pierwsze odczucia są nawet niegroźne. Problem pojawia się, kiedy musisz zaczerpnąć powietrza. A będziesz musiał zaczerpnąć, bo 15 metrów naczepy pełnej wody, piany i przeszkód nie pokonasz w minutę.

A jaki to problem zaczerpnąć powietrza? Niby żaden, ale jak masz twarz całą w pianie, i ręce również, to razem z powietrzem nabierasz piany. A ta w jakiś dziwny sposób odbierała oddech. I psuła smak w ustach. Opiekunowie na szczęście szybko reagowali widząc, że piany jest za dużo. Stopniowo spuszczali wodę z naczepy i usuwali nadmiar piany, tak by przeszkoda dla kolejnych startujących nie stanowiła nadmiernego zagrożenia dla życia.

Docieram do końca. Obsługa oblewa mi twarz wodą i pomaga wyjść. Za naczepą czeka strażak, który z węża zmywa ze mnie resztę piany. Na tym etapie zapomniałem już o kostce, czy to pod wpływem zimnej wody, czy emocji. Biegnę dalej, bo wydaje mi się, że to już końcówka.

Przeszkody sztuczne zamieniają się w terenowe. Strome podbiegi i strome zbiegi. Pokonuję je ostrożnie ze względu na kostkę. Potem trochę prostej, a mi na każdym zakręcie wydaje się, że zaraz meta. Zamiast mety są kolejne podbiegi, kolejne przeszkody. W pobliżu cały czas jest plac Witosa, więc to chyba jedne z ostatnich.

Kolejny zakręt i zawracamy. 7.5 km nie zabija, nawet jak masz skręconą kostkę, ale powoli chciałbym, żeby to już był koniec. Niby nie biegnę na wynik, ale jakoś nie odpuszczam. Tylko czasami przy niektórych zbiegach zakuje mnie kostka.

Znowu zbliżamy się do jeziora. Uff, to już na pewno koniec. Przede mną czołganie w błocie pod drutem kolczastym. Obsługa polewa kolejne osoby wodą z jeziora lub błotem.

Dalej kolejna porodówka, tylko że teraz przeciskasz się między oponami, a ziemią. To sprawia, że nabieram pięknych czarnych barw.

Kolejny raz wskakujemy do jeziora. Tym razem bez szaleństw. Jestem już trochę zmęczony i pokonuję dystans najmniejszym nakładem sił. Wybiegając z jeziora widzę, że meta jest jakieś 200 metrów ode mnie… i z przerażeniem stwierdzam, że znowu zawracamy. Nie wiem ile razy jeszcze kluczyłem i gdzie. Pamiętam tylko, że spotkałem jeszcze po drodze Jarka. I miałem nadzieję, że to kluczenie w końcu się skończy.

I tak się stało. Wbiegam na metę z rękami uniesionymi do góry. Podchodzi do mnie Ignacy pełen emocji. Wymieniamy się wrażeniami, ale coraz bardziej czuję, że muszę usiąść i dać kostce odpocząć.

Umycie się z całego błota pod prysznicem to nie jest łatwe zadanie. Ciuchy też mimo płukania nadal noszą ślady ziemi. Odświeżony czekam na Agatę i Damiana, a Ignacy zalicza po raz kolejny przeszkody.

Agata z Damianem wbiegają szczęśliwi. Biegli razem i zagrzewali się do walki. Teraz licytują się, kto kogo bardziej ciągnął.

W czasie obiadu Agata mówi mi, że do placu z przeszkodami były tylko 2 kilometry. Okazało się, że nieświadom tego co mnie czeka przebiegłem 5 ze skręconą kostką. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że na placu zygzaki dadzą kilka kilometrów.

Obiad jemy w restauracji blisko jeziora. Widok ładny, jedzenie ok. Kostka odpoczywa… i puchnie. Do samochodu docieram już podpierając się na ramieniu Agaty.

Piękne zdjęcia jako ilustrację moich zmagań wykonali: Jarek Dulny, Piotr Krawczuk, Eryk Witek oraz Ignacy. No i ja…

3 Replies to “Terenowy Bieg Przetrwania, czyli o tym jak…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *